Sandboarding in Huacachina

Huacachina Oasis

Huacachina is like nothing I’ve ever seen before. In the past it was a natural oasis formed by tears of legendary mermaid that cried her heart out for her lost love. Today is kept artificially for tourism. It attracts mostly bucket listers to try sand boarding.

Hotel- Huacachina choices

We only spent here one day but if you have more time, I would recommend staying for 2 days. On a first day do sand boarding on a second, stay relaxing by the hostel pool, drinking beer with fellow travellers and admiring giant dunes.

We came here by Peru Hop bus, that offered a good choice of accommodation in hipster hostels for a reasonable price.

Sand Buggy Experience

After dropping our bags, we went on a sand buggy. Unluckily or luckily, depending on the view point, we got the most crazy driver who did not spare us from any dune or turn.

He skilfully manoeuvre through sandy dunes and every time we were going down, the buggy was losing touch with the ground, flying through the sands.

Adrenalin was rushing through my veins and my throat was soar from screams and laughs of pure, wild pleasure!

Sandboarding in Huacachina

At the first stop, we took out our boards, got wax and instructions, and as a warm up we started from 3 small dunes. We were explained the stomach down, head at the front boarding position and were left with the dunes. I was scared a little but I let the notorious driver push me from the dune. It was so fun I felt childish happiness and was ready for the next 2.

Things got more complicated when we arrived at the second stop. Only our group was starting from a dune that looked like a 10 storey building! I’m not joking.. At first I though there is no way I can slide from this height and that I’m scared for my life. But then this other feeling came, that I don’t want to miss out on anything and this feeling was stronger!

And I let our driver to push me down again hearing the last advise: ‘spread your legs, es muy importante!’.

The gravity pulled me down, with every muscle of my body tense. As I was sliding down the giant dune, feeling the speed and adrenaline present in every cell of my body, I felt this rush of wild pleasure again! And yes I did it again and again, every time with the same fear and the same pleasure going down.

After we finished, we got back to the buggy exhausted and happy, we found out that 2 people got minor injuries sliding down and a couple form the UK told us that their friend went to hospital for full face reconstruction after injuring himself doing sand boarding.. Yes, sailboarding in Huacachina is no doubt an extreme sport!

Huacachina Sunset

At the end we managed to get a glimpse of a spectacular sunset and a party at the hostel awaited us.

It was an awesome day, and yet again I managed to push the boundaries of my fear a little bit further.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Huacachina to miejsce nie podobne do niczego co wcześniej widziałam. Niegdyś naturalna oaza, stworzona przez łzy mitycznej syrenki, która do dziś płacze za swoją utraconą miłością. Dziś utrzymywana w celach turystycznych, przyciąga przede wszystkich śmiałków chcących spróbować sławnego sand boarding’u, który widnieje na bucket liście niejednego podróżnika.

My spędziliśmy tu tylko jeden dzień, ale jak masz czas zostań tu 2 dni, będzie warto.

Na miejsce przyjechaliśmy autobusem Peru Hop z Limy, który oferował na pokładzie tanie noclegi w oazowych hipsterskich hostelach.

Po szybkim rozpakowaniu się w pokoju, wyruszyliśmy w grupach na przejażdżkę tzw. Buggy. Na szczęście albo nieszczęście, zależy od punktu widzenia trafił nam się szalony kierowca, który nie oszczędził nam żadnej górki czy zakrętu.

Tak umiejętnie manewrował po piaszczystych wydmach, że przy zjazdach w dół samochód odrywał się od ziemi frunąc przez piaski. Adrenalina gotowała mi się w żyłach a gardło schło od dzikich krzyków strachu i szalonej przyjemności.

Na pierwszym przystanku, wyciągnęliśmy nasze deski i dostaliśmy wosk. Zaczęliśmy od trzech małych wydm na rozgrzewkę. Nasz kierowca wytłumaczył pozycję zjazdową- na brzuchu i głową do przodu, po czym zostaliśmy sami z górką. Trochę się bałam, ale dałam się popchnąć naszemu szalonemu kierowcy z pierwszej górki. I było super! Poczułam się jak dziecko, druga i trzecia górka były bułką z masłem.

Na drugim przystanku sprawy się skomplikowały, wydma z której mieliśmy zjechać była ogromna jak dziesięcio piętrowy budynek! Nie żartuję.. I wtedy zdałam sobie sprawę ze nie dam rady, ze boję się o swoje życie. Oczywiście tylko nasza grupa została przywieziona na tę wydmę, inne zaczynały od o wiele mniejszych.

Znowu, przyszło to uczucie, że nie chcę żeby mnie nic nie ominęło. I w końcu dałam się popchnąć naszemu kierowcy, który oszczegał: ‚spread your legs, es muy importante’.

Siły grawitacji pociągnęły mnie w dół, brzuchem do dołu i napiętym każdym mięśniem. Z ogromna prędkością, wiatrem we włosach i dziką przyjemnością zjechałam z wydmy giganta. Kolejne już poszły łatwiej, a przy każdym zjeździe odczuwałam ten sam strach ale też tę samą czystą przyjemność..

W końcu, wykończeni wróciliśmy do naszego pojazdu, gdzie się dowiedzieliśmy że 2 osoby z innej grupy, zraniły się zjeżdżając.. A para z UK opowiedziała nam, że ich przyjaciel trafił do szpitala w Limie na odbudowę twarzy po wypadku na desce. Sand boarding definitywnie należy zaliczyć do sportów ekstremalnych.

Na koniec załapaliśmy się na cudowny zachód słońca. A wieczorem czekała nas imprezka w hostelu.

Znowu udało mi się odrobinę poszerzyć horyzonty swojego strachu. Co to był za dzień!

Leave a Reply